30.10.2010
Będąc na Sycylii grzechem było by nie wybrać się na wulkan. Pierwotny plan zakładał wycieczkę na Etnę, ale z racji zakończenia sezonu turystycznego i wysokości, na jakiej znajduje się krater tego wulkanu mało prawdopodobne okazało się jej zrealizowanie pod koniec października. Zaczęliśmy zastanawiać się nad wyprawą na Wyspy Liparyjskie (Isole Eole). Napisaliśmy maila do biura organizującego piesze wycieczki na Stromboli. Wczoraj dostaliśmy odpowiedź, że z racji końca sezonu w sobotę i w niedzielę odbędą się najprawdopodobniej dwie ostatnie wyprawy. Nie pozostało nam nic innego, jak szybka decyzja. Okazało się, że jedyny prom, którym możemy dopłynąć na wyspę odpływa o 7 rano z Milazzo. Żeby na niego zdążyć musimy wyjechać z San Leone najpóźniej o 3:30 rano. Tak też robimy.
Szybkie pakowanie i zaspani wsiadamy do yafud owego wehikułu. Prowadzi Dźwiedź. Przejechawszy przez kręte drogi dojeżdżamy do autostrady później niż zakładaliśmy. Prom nie poczeka…
Na szczęście autostrada z Palermo do Messiny w sobotni poranek (poza sezonem!) jest praktycznie pusta. Do portu w Milazzo wjeżdżamy około 6:30 (prom odpływa o 7:15). Poszukiwanie kasy biletowej zabiera nam prawie 20 minut. Dlaczego? Ponieważ dla Włochów czas (podobnie jak kilka innych rzeczy) jest tylko sugestią. Jeśli więc poza sezonem turystycznym prom odpływa o 7:15, to kasę biletową każdy szanujący się Sycylijczyk otworzy nie wcześniej niż o 7, no może 6:50.
Z biletem w kieszeni i wskazówkami miejsca postoju promu, pędzimy do yafudowego wehikułu. Najprawdopodobniej będziemy musieli zostać na Stromboli na noc, więc wypadało by samochodzikowi też zapewnić spokojny odpoczynek. Wszystkie polecane parkingi z dozorem okazują się być zamknięte. Plus? Nikt z nich o 7 rano auta nie ukradnie. Minus? My też nie zaparkujemy tam naszego. Ostatni znaleziony przez nas parking, według szczerych zapewnień pracowników sąsiadującej z nim zajezdni autobusowej, zwykle otwarty jest od 6:50. O 7:05 rezygnujemy . Mamy namiar jeszcze na hotel z podziemnym garażem – także zamknięty. Ostatecznie na 5 minut przed odpłynięciem promu parkujemy yafudowy wehikuł w uliczce obok hotelu. Wjeżdżamy w nią pod prąd, więc nawet nie jesteśmy pewni, czy z drugiej strony nie stoi zakaz parkowania. Cóż albo ryzykujemy mandat (ewentualne odholowanie auta – w które nie wierzymy za bardzo – Sycylijczycy są zbyt leniwi), albo przepadnie nam jedyna możliwość zobaczenia wulkanu.
Wbiegamy na prom, który okazuje się być małym wodolotem i kilka minut po odpłynięciu od brzegu, kołysani miarowymi falami, zapadamy w sen. Podobnie czyni większość pasażerów.

Sen w wodolocie
Wodolot, w drodze na Stromboli, zatrzymuje się w portach wszystkich wysepek. Vulcano, Lipari,Salina, Panarea i wreszcie, po około 3,5 godzinach rejsu, na Stromboli.

Dymiący wulkan Stromboli

Wodolot
Wysiadamy w małym, urokliwym porcie, gdzie na pirsie, w swoich meleksach czekają już na turystów właściciele okolicznych kwater, hotelików i pensjonatów. Niczym na dworcu w Zakopanem, polują na każdego turystę. Przyglądamy się temu spektaklowi z zaciekawieniem. Kiedy orientujemy się, że za chwilę zostaniemy sami, bez „zaklepanego” noclegu, wyrasta przed nami, wyglądający niczym pirat, gość. Płynną angielszczyzną (co bardzo nietypowe na Sycylii) pyta czy potrzebujemy noclegu. Zanim zdążymy powiedzieć mu, że jeszcze nie wiemy czy będziemy nocować na wyspie, siedzimy już w meleksie jego kumpla. Trzymając się kurczowo – jedną ręka pędzącego wąskimi ulicami meleksa – drugą próbujemy ogarniać spadające torby. Meleks pomyka uliczkami, w których jazda w stylu „na zimny łokieć”zakończyła by się przynajmniej obdarciem łokcia ze skóry, jeśli nie utratą całej ręki. Jednoczesne wystawienie poza obręb pojazdu nogi, lub samego kolana przez pasażera, z wysokim prawdopodobieństwem, spowoduje obrażania podobne, do tych z łokcia kierowcy. Co chcę przez to powiedzieć? Uliczki w tym mieście są tak wąskie, że mieści się w nich tylko meleks – jeden . W nielicznych miejscach może minie go skuter.

Główna ulica miasta na Stromboli
Stromboli jest wulkanem, którego kawałek wystaje ponad wodę. Tuż nad brzegiem morza, na brzegach wulkanu położone są dwa miasteczka. Nie ma między nimi drogi. Mieszkanka Stromboli chcąca wybrać się na plotki do sąsiadki z drugiego miasteczka zmuszona jest wsiąść do łódki i okrążyć wulkan – wyspę. Musi przy tym uważać, by nie zasiedzieć się zbyt długo. Po zmianie wiatru może nie móc dopłynąć z powrotem do domu.

Widok na Stromboli z Panarei
Na Stromboli nie ma samochodów . Nie dlatego, że mieszkańców nie stać (sądząc po cenach – 20 euro za osobę w kwaterach prywatnych po sezonie – i ilości turystów, mogli by sobie kupić dobre, niekoniecznie włoskie, samochody).

Lamborghini na Stromboli
Prawie żaden samochód nie zmieści się w wąskich uliczkach Stromboli. A nawet gdyby się zmieścił (taki smart na przykład) nie miał by gdzie zatankować. Wszystkie produkty dowożone są na Stromboli promami. Bo jak niby zbudować dużą stację benzynową na czynnym wulkanie?

Pojazdy ze Stromboli
Skutery jeżdżące po wyspie są przerobione na napęd elektryczny. Dzięki czemu jest tam cicho – nie licząc „okrzyków” wulkanu.

Ulice Stromboli

Ulice Stromboli
Dojeżdżamy (każdy w jednym kawałku) do pensjonaciku, w którym kierowca meleksa chce nam zaoferować pokój. Sympatyczny właściciel, słysząc język polski, mówi (oczywiście po włosku), że pracuje dla niego Polka. Upiera się jednocześnie, żeby nas do niej zaprowadzić. To nie taki zły pomysł, bo sympatycznej dziewczynie znacznie łatwiej wytłumaczyć, że zdecydujemy czy zostajemy na wyspie na noc po rozmowie w biurze oferującym treking na wulkan.

Widok na szczyt wulkanu z ogródka zarezerwowanego pokoju
Umówieni, w razie czego, na nocleg przemierzamy miasteczko w poszukiwaniu biura turystycznego.

Pioter na Stromboli
W pierwszym od sympatycznej pani dowiadujemy się co nieco o wycieczce, ale to drugie ( o nazwie Magma Trek) wzbudza nasze większe zaufanie.

Magma Trek office
Decydujemy się zarezerwować miejsce w grupie na dziś. Na Stromboli wszystko jest bardzo sprytnie pomyślane. Żeby turyści przypadkiem nie zdążyli na ostatni prom odpływający z wyspy, wycieczka na wulkan kończy się 20 minut po jego odpłynięciu. Dzięki temu zarabiają właściciele pensjonatów, hotelików i niezwykle popularnych na Sycylii Bed & Breakfast’ów.

Transport turystów z portu w Stromboli
Umówieni na wspinaczkę do krateru czynnego wulkanu, wracamy nieśpiesznym krokiem do wstępnie zarezerwowanego pokoju, gdzie zapadamy w błogi sen ( w końcu wstaliśmy dziś przed 3 rano). Budzimy się dopiero tuż przed planowanym wyjściem. Zjadamy na szybko jedyną o tej porze dostępną potrawę w postaci makaronu z sosem pomidorowym i tuńczykiem, w jedynej o tej porze otwartej restauracji na wyspie. Zaopatrujemy się w wodę (w restauracji, gdyż sklep przed godziną 15 jest, jak na włoskie sklepy przystało, zamknięty na cztery spusty) i stawiamy punktualnie w siedzibie Magma Trek (obok kościoła a głównym placyku w mieście.

Główna ulica miasta Stromboli
Uwaga dla wszystkich chętnych do wspinaczki – buty trekingowe za kostkę są niezbędne!

Wypożyczalnia butów trekingowych na Stromboli
Bez nich żaden szanujący się przewodnik nie zabiera turysty na wspinaczkę do krateru – dlaczego? Dowiedzieliśmy się po drodze, a Wy dowiecie się czytając dalej.

Wypożyczone buty trekingowe
Pani wypożyczająca buty (5 euro za parę porządnych – nowe modele- i, co niezwykłe, wygodnych butów) zjawia się o 14:55. Włosi nie liczą się z czasem zupełnie. Przewodnik, będący oczywiście również Włochem nie ma żadnego problemu z tym, że wycieczka zamiast wyjść o 15 opuszcza plac przed kościołem o 15:30. Pełen luz.

Panorama miasteczka - widok ze zbocza wulkanu
Wyposażeni, zgodnie z sugestiami przewodnika, w plecaki zawierające:
- koszulkę na zmianę
- kurtkę
- ciepłą bluzę
- czapkę i rękawiczki
- butelkę wody
- latarkę
wyruszamy na emocjonującą wspinaczkę. W końcu nie na co dzień ma się okazję wdrapać na szczyt, z którego bucha lawa – no chyba, że jest się przewodnikiem po wulkanie.

Widoki podczas wspinaczki
Wspinaczka nieco męcząca, ale na szczęście dzięki idącym z nami małym dzieciom tempo nie jest zabójcze.

Wspinaczka na wulkan
Po drodze mijamy wielkie trawy, stary cmentarz, kilka krzaczków. Od pewnego momentu naszej wspinaczce towarzyszyć będą już tylko głazy i pył wulkaniczny.

Widoki podczas trekingu na szczyt wulkanu
Na wulkanie Stromboli, powyżej pewnej wysokości może przebywać jednocześnie nie więcej niż 80 osób – co daje 4 grupy 20 osobowe. Radzę o tym pamiętać, jeśli planujecie wycieczkę w szczycie sezonu. Mandaty za nieprzestrzeganie przepisów wystawiane są przez wędrujących zboczami wulkanu strażników.

Przerwa w wspinaczce

Przewodnik
Duża wilgotność powietrza powoduje wzmożone pocenie się. Na kolejnym dłuższym postoju przewodnik radzi wyciągnąć kurtki. Rzeczywiście, za następnym zakrętem wita nas zimny wiatr. Nie opuści niestety aż do szczytu.

Wycieczka - w dole miasteczko, z którego wyruszyliśmy
Dochodzimy do punktu, w którym naszą uwagę przykuwają wielkie betonowe, wyglądające nieco jak wiaty przystanków autobusowych, konstrukcje. Służą do schronienia się na wypadek gradu kamieni, które co jakiś czas wyrzuca wulkan.

Dźwiedź przy schronie
Otaczają nas tylko chmury, prawie nic nie widać. Co jakiś czas słychać natomiast złowrogie pomruki i wybuchy. Bum! Bum! Nieco przerażające są to dźwięki, zwłaszcza jeśli nie widać skąd dochodzą. Zakładamy kaski, ubieramy się ciepło i po usłyszeniu ostatnich instrukcji wyruszamy na ostatni etap wspinaczki.

Nic nie widać, za to słychać aż za dobrze
Zaczyna robić się ciemno. W tej szerokości geograficznej słońce zachodzi bardzo szybko. Od momentu zwykłej dziennej jasności do zapadnięcia całkowitego zmroku mija zaledwie kilka minut.

Krajobraz Stromboli
W tym czasie dochodzimy już do punktu widokowego. Niestety wszystko spowija mgła. Chmury są zbyt nisko. Na szczęście naszym sprzymierzeńcem okazuje się wiatr, który potrafi na chwilę przegonić chmury i ukazać nam krater wulkanu Stromboli.

Wulkan Stromboli -widok na krater

Widok na krater Stromboli
Widok jest niesamowity.

Stromboli - na szczycie wulkanu

Krater wulkanu Stromboli
Połączenie z wybuchów lawy i towarzyszących im dźwięków tworzy nieziemski spektakl – pokaz siły natury, na którą człowiek nie jest w stanie wpłynąć.

Wybuch lawy na Stromboli
Po około 20 minutach na szczycie zaczynamy schodzić. Jest już całkowicie ciemno, więc latarki są nam niezbędne aby bezpiecznie zejść na dół.

Opuszczamy szczyt Stromboli
Idziemy inną trasą niż ta, którą się wspinaliśmy. Jest tu znacznie mniej kamieni, za to praktycznie 1/3 drogi prowadzi przez pył wulkaniczny. Grzęźniemy w ni po same łydki. Teraz rozumiem dlaczego przewodnicy nie zabierają turystów w adidasach – każdy inny but niż trekingowy – twardy i sięgający za kostkę, po prostu został by w tym pyle. Czuję się trochę tak jakbyśmy szli po wielkich wydmach. Z tą jednak różnicą, że piach jest czarny i jak wpadnie do skarpetki, to drażni niczym odłamek szkła.

Schodzenie ze szczytu wulkanu
Tempo schodzenia mamy dosyć szybkie. Kolana dostają ostro. Po dwóch godzinach szybkiego marszu w dół (prawie bez przerw) docieramy do obrzeży miasteczka, a później na plac pod kościół.

Widoki podczas schodzenia ze szczytu Stromboli
W siedzibie Magma Trek oddajemy kaski i żegnamy się z przewodnikiem. Wygłodniali wpadamy na 5 minut do naszego pensjonaciku, gdzie zmieniamy tylko buty i udajemy się na poszukiwanie pizzerii. W miasteczku poza sezonem otwarte są tylko dwie restauracyjki – jedna, w której jedliśmy makaron przed wspinaczką i druga, serwująca pizzę. A, przepraszam, jest jeszcze jedna – wyglądała na bardzo luksusową, więc ominęliśmy ją z daleka. Wystarczy nam, że ceny zwykłych posiłków są na Stromboli ponad połowę wyższe niż w innych turystycznych rejonach Sycylii.

Pizza!
Zajadamy pyszną pizzę o nazwie „Paradiso” („Diavola” tez była niczego sobie – Pioter standardowo zamówił „Capriciose”), popijamy to dwoma, albo trzema (kto to spamięta) dzbankami wina, a na deser zamawiamy tiramisu. Zasłużyliśmy sobie na łakocie po takiej wspinaczce. Dodatkowo świętujemy urodziny Piotera.

Urodzinowe winko Piotera
Dobrze wstawieni lokalnym winem, z uśmiechami na ustach idziemy ciemnymi uliczkami miasteczka. Po drodze wpadamy na szatański pomysł pojeżdżenia meleksem. Na szczecie pojazdy, które jeszcze rano miały kluczyki w stacyjkach, tym razem stoją ładnie zaparkowane i pozbawione możliwości łatwego uruchomienia. Czyżby mieszkańcy wyspy mieli już do czynienia z pomysłowymi Polakami wcześniej? Pozostaje nam powrót piechotą i gra w piłkę nożną butelka wody. Zakupione po drodze wino pijemy na tarasiku naszego pokoju, z widokiem na szczyt wulkanu.

Widok na szczyt Stromboli z naszego tarasiku
Niebo jest pięknie rozgwieżdżone, a wulkan popędzany wykrzykiwanym przez nas „no zarycz, no!”, jak by na życzenie, co chwilę bucha lawą.
To zaskakujące, że śpiąc na czynnym wulkanie można poczuć spokój…
This slideshow requires JavaScript.