Kolacja a’la Sycylia

02.11.2010

Dzień prania! Szczegółów wykonywania podstawowych obowiązków domowych na Sycylii nie będę dziś opisywać (możecie je znaleźć w poprzednich wpisach na blogu 🙂 np. tu: https://sycylia.wordpress.com/2010/10/23/obowiazki-domowe/ ).

Bar BlueOut - miejsce naszej dzisiejszej kolacji.

Bar BlueOut - miejsce naszej dzisiejszej kolacji.

Znacznie ważniejszym wydarzeniem dnia była wycieczka Piotera po zakupy! Tak, tak! Wyobraźcie sobie informatyk sam pojechał do sklepu! Co więcej udało mu się nawet przywieźć zjadliwe pożywienie. Bohater na obczyźnie! Kończąc żarty, nadmienię jedynie, że należą się pieśni pochwalne, bo zakupy były prawie kompletne i nie licząc jogurtów, których zapas mamy teraz przynajmniej na miesiąc , można Pioterowi uznać egzamin z bycia „menadżerką ogniska domowego” (w pewnych kręgach określaną mniej poetyckim sformułowaniem: kura domowa) za zdany na 4+. Po głowach zapewne, drodzy czytelnicy, kołacze Wam się myśl dlaczego właściwie Pioter wybrał się na zakupy? Otóż odpowiedź jest jakże prosta, oczywista i życiowa: ja jestem chora i powiedziałam, że poza praniem nic dziś nie robię, a Dźwiedź nie poczuł potrzeby zaopatrywania lodówki – jeszcze… (Gdyż np. spędzał czas z Gajuchem.) -> Patrz w dół.

Dźwiedź i jego kotka - czyli czas relaksu ;)

Dźwiedź i jego kotka - czyli czas relaksu 😉

Na obiad skonsumowaliśmy proste spaghetti, które pochłaniane na tarasie, w świetle sycylijskiego słońca, smakowało iście królewsko. Po obiadku, jak na prawdziwych sprowadzanych Sycylijczyków przystało,  oddaliśmy się sjeście.

Sjesta poobiednia

Sjesta poobiednia

Dzięki wczorajszej wizycie w barze BlueOut, mamy nowego znajomego, który dziś po południu zadzwonił i zaprosił nas na kolację. Pomimo mojego kiepskiego samopoczucia pogłębianego napadami iście piekielnego kaszlu, postanawiamy nie przepuścić okazji zjedzenia domowej kolacji przygotowanej przez prawdziwego Sycylijczyka. Nie, żeby inni, dotychczas nam gotujący kucharze, nie byli prawdziwymi Sycylijczykami, ale przypuszczam, że większość osób doskonale zna różnicę smaku tradycyjnych potraw podanych w domu, w stosunku do tych spożywanych w restauracji. Tak więc, w wyśmienitych humorach, nieco przegłodzeni (choć nie tak bardzo, jak się za chwilę okaże), około 20 zmierzamy plażą na sycylijską kolacyjkę. Po zapadnięciu zmroku nie jest już tak ciepło, jak np. podczas wczorajszego spaceru, nie mniej jednak bluza jest wystarczającym okryciem, by 2 listopada spacerować sobie wieczorem brzegiem morza. (Ach, ten sycylijski klimat!).

Widok z tarasu baru BlueOut za dnia

Widok z tarasu baru BlueOut za dnia

Docieramy do baru BlueOut, gdzie wita nas przesympatyczny właściciel Gerlando oraz dwóch jego kolegów – Carmelo i Gerlando. Niestety chłopaki nie mówią po angielsku, a nasz włoski, choć ćwiczony namiętnie co rano za pomocą zdalnego kursu, pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Nie pozostaje nam nic innego jak porozumiewać się za pośrednictwem gospodarza. Po około półgodzinnym czekanu, przy absolutnym zakazie pomagania w kuchni, na stół, w zamkniętym już dla gości barze, wjeżdża wielgachna patelnia wypełniona makaronem.

Gerlando nakładający swoje popisowe danie

Gerlando nakładający swoje popisowe danie

Aż nadto słuszna porcja spaghetti z owocami morza momentalnie ląduje na każdym talerzu. Jeszcze zanim zdążymy zatopić widelce w otchłani smakowicie pachnącej potrawy, nasze kieliszki napełniają się czerwonym winem.

Wino Sycylijskie

Wino Sycylijskie

Nero’d Avola to najbardziej popularny szczep winogron na Sycylii. Nie wiem, czy to za sprawą niesamowitego wieczoru, szumu morza tuz obok stolika, czy towarzystwa, ale wino z 2007 roku wyjątkowo mi smakuje.

od lewej: Dźwiedź, ja, Gerlando (właściciel baru BlueOut), Carmelo i drugi Gerlando (Pioter dzielnie obsługuje aparat)

od lewej: Dźwiedź, ja, Gerlando (właściciel baru BlueOut), Carmelo i drugi Gerlando (Pioter dzielnie obsługuje aparat)

Objedzeni do granic możliwości, rozweseleni, czy to winem, czy rozmową z chłopakami (wprost proporcjonalnie do każdego wypitego kieliszka wzrasta nam śmiałość wypowiadanych po włosku słów) siedzimy do późnych godzin nocnych na tarasie baru BlueOut. Szumią fale rozbijające się o piaszczysty brzeg morza, szumią rozmowy w trzech językach, szumi wino w naszych głowach i wielkim hukiem dudni mój nieszczęsny kaszel.

Reklamy
Opublikowano Sycylia | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Bar Blueout

01.11.2010

Podobnie, jak Polacy, Sycylijczycy pierwszego dnia listopada odwiedzają groby swoich zmarłych. W przeciwieństwie jednak do polskiej pogody, sycylijska aura znacznie łagodniej obchodzi się ze spacerującymi. Korzystając z dobroci wiatru znad Afryki (Sirocco) zabieramy aparaty i odziani jedynie w krótkie spodenki i przewiewne koszulki udajemy się na spacer. Nie mamy na Sycylii żadnych zmarłych do odwiedzenia, więc żeby powspominać bliskie nam osoby, które odeszły, idziemy po prostu na plażę.

Pioter na plaży

Pioter na plaży

Dźwiedź

Dźwiedź

Morze wita nas wzburzonymi falami. Od czasu naszego przyjazdu woda jeszcze nigdy nie podchodziła tak blisko ulicy. Jesteśmy prawie sami na plaży. Silny, owiewający nas z każdej strony, wiatr jest gorący niczym powietrze z suszarki. Jednocześnie przyjemny i niepokojący.

Zalana plaża

Zalana plaża

Nieśpiesznym krokiem zmierzamy w stronę centrum San Leone. Przy pierwszym (położonym najbliżej naszego apartamentu) barze spotykamy przesympatycznego dziadka.

Dziadek przy barze

Dziadek przy barze

Oczywiście, jak przystało na prawdziwego Sycylijczyka, starszy pan nie omieszka pouśmiechać się, pozdrawiając słowem „bella” wypowiedzianym kilkakrotnie (na tej wyspie każe kobieta o włosach jaśniejszych niż czarne usłyszy to słowo przynajmniej kilka razy).

Gerlando za kontuarem swojego baru

Gerlando za kontuarem swojego baru

Dajemy się namówić panu i wchodzimy do baru o nazwie Blueout. Tam zza kontuaru wita nas przesympatyczny właściciel. Po chwili już wiemy, że ma na imię Gerlando, a witający nas dziadek jest przyjacielem jego ojca. Gerlando bardzo dobrze mówi po angielsku, dzięki czemu możemy swobodnie porozmawiać. Planowana dziesięciominutowa kawa przeradza się w prawie godzinną pogawędkę, po której zakończeniu umawiamy się na spotkanie w barze jutro wieczorem.

Bar Blueout

Bar Blueout

Gdyby ktoś chciał poznać Gerlando, jego bar mieści się dokładnie tu:http://maps.google.pl/maps/place?hl=pl&rlz=1C1AVSX_enPL406PL406&um=1&ie=UTF-8&q=blueout+sicily+agrigento&fb=1&gl=pl&hq=blueout&hnear=Agrigento,+Italy&cid=18304260189708547514

Blueout w pełnej krasie

Blueout w pełnej krasie

 

Wracając do apartamentu zastajemy leniuchującego Gajucha.

Leniuchująca Gaja

Leniuchująca Gaja

 

Wieczór mija nam na odpoczywaniu (przy winku) po weekendowej wycieczce.
Zaczyna mnie boleć gardło 😦

Opublikowano Sycylia | Otagowano , , , , , , , , , , , | 3 Komentarze

Panarea i Cefalu

31.10.2010

Po wczorajszym winie i zmęczeniu wspinaczką na szczyt wulkanu Stromboli, wstajemy późno. Ja, co prawda, budzę się dosyć wcześnie, ale postanawiam poleniuchować w łóżku czytając Wysokie Obcasy, które przytargałam z Polski.

Plaża wulkaniczna

Plaża wulkaniczna

Dźwiedź na Stromboli

Dźwiedź na Stromboli

Z racji zmiany czasu (tak jak w Polsce przesuwamy zegarki o godzinę wstecz) mamy dużo czasu do promu, który odpływa o 12 (czyli o 13 starego czasu).

Plaża na Stromboli

Plaża na Stromboli

Około 9 udaje mi się namówić Dźwiedzia do zwleczenia się z łóżka. Wyruszamy na poszukiwanie śniadania. Nieśpiesznym krokiem drepczemy wąziutkimi uliczkami Stromboli (pamiętacie z poprzedniego wpisu? – są tak wąskie, że najszerszym pojazdem, jaki jest w stanie w nie wjechać jest meleks), taszcząc pod pachą wczoraj wypożyczone buty trekingowe.

Stromboli

Stromboli

W jedynym sklepie spożywczym kupujemy bułki, tuńczyka, banany i serek. Siadamy przed kościołem, czyli na największym placu w miasteczku i powolnie pożywamy śniadanie, czekają na otwarcie wypożyczalni butów. Włoska właścicielka nie spieszy się – przecież jest niedziela. Zamiast o 9:15 otwiera swoją wypożyczalnię (i sklep w jednym) o 9:45. Oddaję buty, kupuję Dźwiedziowi składany nóż trekingowy (będzie miał pamiątkę ze Stromboli – nie lubimy „durnostojek” – pamiątki przywożone z wyjazdów muszą być praktyczne, albo wyjątkowo ładne – nie licząc jednego wielbłąda kupionego kilka lat temu nie wiadomo po co i dlaczego) i kiedy już jestem w drzwiach, uprzejma właścicielka pyta, czy wiem, że prom przypłynie o 10 i od razu odpłynie ze względu na bardzo niekorzystny wiatr? Rozdziawiam paszczę ze zdziwienia i łudząc się jeszcze, pytam: „ale starego czasu, prawda?” Jej przecząca odpowiedź plus moje kontrolne spojrzenie na zegarek (9:55) uświadamiają mi, że delikatnie mówiąc jesteśmy w głębokiej d….

Kościół na Stromboli

Kościół na Stromboli

Porywam kończącego kanapkę, nieświadomego niczego Dźwiedzia z placu przed kościołem, jednocześnie próbuję dodzwonić się do Piotra. Dźwiedź niesiony potrzebą skorzystania z toalety biegnie szybciej niż ja. Mijamy się przy bramie naszego pensjonaciku – z racji niezastania Piotera, który w najlepsze, nigdzie się nie spiesząc, spaceruje po plaży i robi zdjęcia mewom – Dźwiedź postanawia skorzystać z toalety w restauracji. Ja w tym czasie wrzeszczę przez telefon na Piotera, bo bez niego nie mogę wejść do pokoju i spakować naszych rzeczy.

Mewa na wulkanicznej plaży

Mewa na wulkanicznej plaży

Błyskawiczne pakownie nigdy nie było moją mocną stroną – co innego upchnąć dużo do małej torby, ale żeby w 5 sekund? Tym razem nie mam wyboru. Po wczorajszym winie w naszym pokoju wszystko jest wszędzie. Zbieram w popłochu, co się da i wrzucam do plecaków, zderzając się przy tym z Pioterem kilka razy na sekundę. Trzeba jeszcze znaleźć naszego „cudownego” właściciela pensjonaciku – tego samego pana, co od rana dobrze wiedział, że prom nie będzie dziś, jak zwykle czekał, ale odpłynie od razu. Tego, co wiedział, ale nie powiedział, bo to dla niego czysty interes – jeśli nie zdążymy na prom, będziemy musieli zostać na kolejną noc – czyli znowu zapłacić. Tylko co wtedy z naszym zostawionym samotnie w apartamencie Gajuchem? Jedzenia jej wystarczy, ale z tęsknoty i nudów może się tam zamiauczeć. Ma co prawda otwarty balkon, kilka misek z wodą, ale co, jeśli wiatr się utrzyma i do poniedziałku stąd nie wypłyniemy? O nie! Musimy zdążyć na ten prom choćbyśmy mieli nie zapłacić. Oczywiście właściciel dostrzegłszy nasz pośpiech w pakowaniu cudownie się znajduje wprost na naszej drodze i łaskawie pyta czy wybieramy się na prom. Jest już 10, ale nie słychać jeszcze syren nadpływającego promu. Płacimy i biegniemy do portu.

Port w Stromboli

Port w Stromboli

Gdzie w tym miasteczku o wąskich uliczkach jest kasa biletowa? Ostatecznie wpadamy zziajani do portu i… na horyzoncie widzimy nasz prom.

Wodolot

Wodolot

Na szczęście płynie dopiero w stronę Stromboli. Naprędce kupujemy bilety, robimy ostatnie pożegnalne zdjęcia wulkanicznej plaży, którą nie zdążyłam i w spokoju przespacerować, choć marzyłam o tym od rana, i nieco spoceni wsiadamy na prom.

Port Stromboli

Port Stromboli

Sztorm daje się we znaki skacowanym główkom. Po kilkunastominutowej podróży wodolot wpływa do portu na Panarei. I tu niespodzianka – kapitan obwieszcza pasażerom, że mamy półtorej godziny przerwy. Najbardziej cieszy się z tego Dźwiedź, który opuściwszy bujający się na wszystkie strony wodolot, udaje się na spoczynek.

Sen Dźwiedzia na Panarei

Sen Dźwiedzia na Panarei

Znalazłszy wygodne miejsce do spania na murku w pobliżu portu zapada w półtoragodzinny sen. W tym czasie Pioter i ja, niezależnie, eksplorujemy wyspę.

Wodolot w porcie na Panarei (w tle Stromboli)

Wodolot w porcie na Panarei (w tle Stromboli)

rzesympatyczna rodzinka, która wczoraj wspinała się z nami na wulkan

rzesympatyczna rodzinka, która wczoraj wspinała się z nami na wulkan

Panarea

Panarea

Podczas tej, nieplanowanej, wycieczki w głąb Panarei powstaje kilka zdjęć. (Powstało pewnie i kilkadziesiąt, ale tylko kilka nadaje się do upubliczniania 🙂 )

Sklepik w porcie - Panarea

Sklepik w porcie - Panarea

Widok na Stromboli z Panrei

Widok na Stromboli z Panrei

Tak, jak na Sycylii wszędzie biegają bezdomne psy, tak Panarea jest kocim królestwem.

Sierście z Panarei

Sierście z Panarei

Sierściuchy z Panarei

Sierściuchy z Panarei

Nawet w kościele spotykam rudego sierścia.

Rudzielec spod kościoła

Rudzielec spod kościoła

Po buszowaniu w wąskich uliczkach wyspy (jakże ona podobna do Stromboli – jedyna różnica – nie jest czynnym wulkanem) wsiadamy ponownie do bujającego wodolotu. Dźwiedziowi ewidentnie pomogła drzemka, postanawia kontynuować ją na pokładzie.

Panarea

Panarea

Ogródek na Panarei

Ogródek na Panarei

Ja czytam notkę w przewodniku o wyspie, którą. właśnie zwiedziłam. Ku mojemu zdumieniu okazuje się, że Panarea jest mekką bogaczy. Nawet gwiazdy Hollywood przybijają do jej brzegów, by delektować się spokojem i intymnością małego miasteczka bez samochodów.

Lanserski meleks

Lanserski meleks

Po sezonie wyspa wydaje się być opustoszała. Jednak zagłębiając się nieco dalej w wąziutkie, strome uliczki dostrzec można prawdziwe życie mieszkańców: rybaków, stolarzy, nawet porządki hotelarzy (np. w postaci wyrzuconej na trawnik armatury). Bardzo ciekawym doświadczeniem była ta nieplanowa przerwa w podróży.

Uliczki Panarei

Uliczki Panarei

Naprawa sieci - Panarea

Naprawa sieci - Panarea

Panarea

Panarea

Panarea

Panarea

Panarea - to się nazywa mieszkać nad morzem!

Panarea - to się nazywa mieszkać nad morzem!

Panarea

Panarea

Zaczytana w przewodniku podnoszę wzrok, by dostrzec stojącego tuz przede mną członka załogi wodolotu. Po angielsku pyta, czy chciałabym zobaczyć kokpit. Pewnie, że bym chciała, w końcu nie codziennie można podglądać jak steruje się wodolotem. Wchodzę po stromych schodkach i spotykam pięciu sympatycznych Włochów (ich sympatyczność jest wprost proporcjonalna do jasności włosów dziewczyn, z którymi rozmawiają ;)). Po małym „small talk-u” kapitan z znienacka pyta, czy chcę poprowadzić wodolot. Cóż za pytanie – to prawie jak zapytać dziecko czy chce lizaka i liczyć na negatywną odpowiedź. Zasiadam za sterami pędzącego wodolotu! Koło sterowe jest bardzo malutkie i dosyć czułe, aczkolwiek wodolot ma lekkie opóźnienie w stosunku do mojego kręcenia. Zaczynamy płynąć zygzakiem. Kapitan nie specjalnie przejmuje się moim stylem i brakiem zachowania toru wodnego. Uwolniony od koła sterowego żartuje sobie z kolegami. Na moje pytanie, co mam robić odpowiada jedynie, żebym nie wpłynęła w brzeg – reszta nie ma znaczenia. Ciekawy to kurs pilotażu wodolotu.

W kokpicie wodolotu

W kokpicie wodolotu

Po 20 minutach płynięcia nieco krzywo i niekoniecznie w dobrym kierunku, oddaję ster kapitanowi., robię pamiątkowe zdjęcia i wracam do moich chłopaków. Kiedy opowiedziałam im co robiłam przez ostatnie dwadzieścia minut stwierdzili, że wodolot płynął krzywo i od razu czuli, że coś nie gra. Wstrętne zazdrośniki!

Kapitan wodolotu (oczywiście miał kiedyś dziewczynę z Polski)

Kapitan wodolotu (oczywiście miał kiedyś dziewczynę z Polski)

Dopływamy do portu w Milazzo. Już na pokładzie zastanawialiśmy się, czy policja sycylijska nie odholowała nam auta, które zaparkowaliśmy byle gdzie, nie mogąc znaleźć otwartego strzeżonego parkingu wczorajszego ranka. Wysiadamy i pełni obaw pędzimy na uliczkę, przy której zaparkowaliśmy czarny yafud – owy wehikuł. Uff jest na swoim miejscu. Nie ma blokady na kole, ani mandatu za wycieraczką. Nie chcąc kusić losu szybko wyjeżdżamy. Prowadzić mogę tylko ja.

Cefalu

Cefalu

Kierunek – San Leone. Zaplanowane przystanki – Cefalu.

Cefalu

Cefalu

Autostrada z Messiny do Palermo jest całkiem przyjazną drogą poza sezonem letnim. Pod warunkiem, że nie wieje, tak jak dziś. Sirocco (ciepły wiatr znad Afryki ) daje się mocno we znaki na drodze, gdzie z tunelu wyjeżdża się prosto na wiadukt, a potem do kolejnego tunelu itd. Na otwartej przestrzeni między górami silny wiatr nie pozwala nam jechać zbyt szybko.

Cefalu

Cefalu

Znalezienie miejsca parkingowego w Cefalu nawet jesienią nie jest proste. Małe, przycupnięte u zbocza skalistej góry, miasteczko jest malownicze i piekielnie drogie. Dużo tu niemieckich turystów. Sklepy z pamiątkami są prawie wszędzie.

Cefalu centrum

Cefalu centrum

Nie wiem czy to zmęczenie, czy niechęć do mega turystycznych miejsc sprawiła, że nie polubiłam Cefalu. A może okropne jedzenie (pizza z mikrofalówki we Włoszech!!! Wyobrażacie to sobie? – never nie jedzcie w Lilie’s Club w Cefalu!) spowodowało moją niechęć?

Nigdy nie jeść w tym barze!!!!

Nigdy nie jeść w tym barze!!!!

Po spacerze, wizycie w kościele (wielki, jak wszędzie we Włoszech) pięknym zachodzie słońca i wyjątkowo niedobrym obiedzie, wyruszamy w trasę powrotną do naszego sierścia.

Pralnia w Cefalu

Pralnia w Cefalu

Docieramy do Gajucha około północy. Miałk radości wita nas z balkonu. Po karmieniu (karma jeszcze była w misce, ale dajemy Gajuchowi świeżej) i wielgachnej porcji głasków zapadamy w głęboki sen. Warto było pojechać na Stromboli!

Zachód słońca w Cefalu

Zachód słońca w Cefalu

Opublikowano Sycylia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | 6 Komentarzy

Wulkan Stromboli

30.10.2010

Będąc na Sycylii grzechem było by nie wybrać się na wulkan. Pierwotny plan zakładał wycieczkę na Etnę, ale z racji zakończenia sezonu turystycznego i wysokości, na jakiej znajduje się krater tego wulkanu mało prawdopodobne okazało się jej zrealizowanie pod koniec października. Zaczęliśmy zastanawiać się nad wyprawą na Wyspy Liparyjskie (Isole Eole). Napisaliśmy maila do biura organizującego piesze wycieczki na Stromboli. Wczoraj dostaliśmy odpowiedź, że z racji końca sezonu w sobotę i w niedzielę odbędą się najprawdopodobniej dwie ostatnie wyprawy. Nie pozostało nam nic innego, jak szybka decyzja. Okazało się, że jedyny prom, którym możemy dopłynąć na wyspę odpływa o 7 rano z Milazzo. Żeby na niego zdążyć musimy wyjechać z San Leone najpóźniej o 3:30 rano. Tak też robimy.

Szybkie pakowanie i zaspani wsiadamy do yafud owego wehikułu. Prowadzi Dźwiedź. Przejechawszy przez kręte drogi dojeżdżamy do autostrady później niż zakładaliśmy. Prom nie poczeka…

Na szczęście autostrada z Palermo do Messiny w sobotni poranek (poza sezonem!) jest praktycznie pusta. Do portu w Milazzo wjeżdżamy około 6:30 (prom odpływa o 7:15). Poszukiwanie kasy biletowej zabiera nam prawie 20 minut. Dlaczego? Ponieważ dla Włochów czas (podobnie jak kilka innych rzeczy) jest tylko sugestią. Jeśli więc poza sezonem turystycznym prom odpływa o 7:15, to kasę biletową każdy szanujący się Sycylijczyk otworzy nie wcześniej niż o 7, no może 6:50.

Z biletem w kieszeni i wskazówkami miejsca postoju promu, pędzimy do yafudowego wehikułu. Najprawdopodobniej będziemy musieli zostać na Stromboli na noc, więc wypadało by samochodzikowi też zapewnić spokojny odpoczynek. Wszystkie polecane parkingi z dozorem okazują się być zamknięte. Plus? Nikt z nich o 7 rano auta nie ukradnie. Minus? My też nie zaparkujemy tam naszego. Ostatni znaleziony przez nas parking, według szczerych zapewnień pracowników sąsiadującej z nim zajezdni autobusowej, zwykle otwarty jest od 6:50. O 7:05 rezygnujemy . Mamy namiar jeszcze na hotel z podziemnym garażem – także zamknięty. Ostatecznie na 5 minut przed odpłynięciem promu parkujemy yafudowy wehikuł w uliczce obok hotelu. Wjeżdżamy w nią pod prąd, więc nawet nie jesteśmy pewni, czy z drugiej strony nie stoi zakaz parkowania. Cóż albo ryzykujemy mandat (ewentualne odholowanie auta – w które nie wierzymy za bardzo – Sycylijczycy są zbyt leniwi), albo przepadnie nam jedyna możliwość zobaczenia wulkanu.

Wbiegamy na prom, który okazuje się być małym wodolotem i kilka minut po odpłynięciu od brzegu, kołysani miarowymi falami, zapadamy w sen. Podobnie czyni większość pasażerów.

Sen w wodolocie

Sen w wodolocie

Wodolot, w drodze na Stromboli, zatrzymuje się w portach wszystkich wysepek. Vulcano, Lipari,Salina, Panarea i wreszcie, po około 3,5 godzinach rejsu, na Stromboli.

Dymiący wulkan Stromboli

Dymiący wulkan Stromboli

Wodolot

Wodolot

Wysiadamy w małym, urokliwym porcie, gdzie na pirsie, w swoich meleksach czekają już na turystów właściciele okolicznych kwater, hotelików i pensjonatów. Niczym na dworcu w Zakopanem, polują na każdego turystę. Przyglądamy się temu spektaklowi z zaciekawieniem. Kiedy orientujemy się, że za chwilę zostaniemy sami, bez „zaklepanego” noclegu, wyrasta przed nami, wyglądający niczym pirat, gość. Płynną angielszczyzną (co bardzo nietypowe na Sycylii) pyta czy potrzebujemy noclegu. Zanim zdążymy powiedzieć mu, że jeszcze nie wiemy czy będziemy nocować na wyspie, siedzimy już w meleksie jego kumpla. Trzymając się kurczowo – jedną ręka pędzącego wąskimi ulicami meleksa – drugą próbujemy ogarniać spadające torby. Meleks pomyka uliczkami, w których jazda w stylu „na zimny łokieć”zakończyła by się przynajmniej obdarciem łokcia ze skóry, jeśli nie utratą całej ręki. Jednoczesne wystawienie poza obręb pojazdu nogi, lub samego kolana przez pasażera, z wysokim prawdopodobieństwem, spowoduje obrażania podobne, do tych z łokcia kierowcy. Co chcę przez to powiedzieć? Uliczki w tym mieście są tak wąskie, że mieści się w nich tylko meleks – jeden . W nielicznych miejscach może minie go skuter.

Główna ulica miasta na Stromboli

Główna ulica miasta na Stromboli

Stromboli jest wulkanem, którego kawałek wystaje ponad wodę. Tuż nad brzegiem morza, na brzegach wulkanu położone są dwa miasteczka. Nie ma między nimi drogi. Mieszkanka Stromboli chcąca wybrać się na plotki do sąsiadki z drugiego miasteczka zmuszona jest wsiąść do łódki i okrążyć wulkan – wyspę. Musi przy tym uważać, by nie zasiedzieć się zbyt długo. Po zmianie wiatru może nie móc dopłynąć z powrotem do domu.

Widok na Stromboli z Panarei

Widok na Stromboli z Panarei

Na Stromboli nie ma samochodów . Nie dlatego, że mieszkańców nie stać (sądząc po cenach – 20 euro za osobę w kwaterach prywatnych po sezonie – i ilości turystów, mogli by sobie kupić dobre, niekoniecznie włoskie, samochody).

Lamborghini na Stromboli

Lamborghini na Stromboli

Prawie żaden samochód nie zmieści się w wąskich uliczkach Stromboli. A nawet gdyby się zmieścił (taki smart na przykład) nie miał by gdzie zatankować. Wszystkie produkty dowożone są na Stromboli promami. Bo jak niby zbudować dużą stację benzynową na czynnym wulkanie?

Pojazdy ze Stromboli

Pojazdy ze Stromboli

Skutery jeżdżące po wyspie są przerobione na napęd elektryczny. Dzięki czemu jest tam cicho – nie licząc „okrzyków” wulkanu.

Ulice Stromboli

Ulice Stromboli

Ulice Stromboli

Ulice Stromboli

Dojeżdżamy (każdy w jednym kawałku) do pensjonaciku, w którym kierowca meleksa chce nam zaoferować pokój. Sympatyczny właściciel, słysząc język polski, mówi (oczywiście po włosku), że pracuje dla niego Polka. Upiera się jednocześnie, żeby nas do niej zaprowadzić. To nie taki zły pomysł, bo sympatycznej dziewczynie znacznie łatwiej wytłumaczyć, że zdecydujemy czy zostajemy na wyspie na noc po rozmowie w biurze oferującym treking na wulkan.

Widok na szczyt wulkanu z ogródka zarezerwowanego pokoju

Widok na szczyt wulkanu z ogródka zarezerwowanego pokoju

Umówieni, w razie czego, na nocleg przemierzamy miasteczko w poszukiwaniu biura turystycznego.

Pioter na Stromboli

Pioter na Stromboli

W pierwszym od sympatycznej pani dowiadujemy się co nieco o wycieczce, ale to drugie ( o nazwie Magma Trek) wzbudza nasze większe zaufanie.

Magma Trek office

Magma Trek office

Decydujemy się zarezerwować miejsce w grupie na dziś. Na Stromboli wszystko jest bardzo sprytnie pomyślane. Żeby turyści przypadkiem nie zdążyli na ostatni prom odpływający z wyspy, wycieczka na wulkan kończy się 20 minut po jego odpłynięciu. Dzięki temu zarabiają właściciele pensjonatów, hotelików i niezwykle popularnych na Sycylii Bed & Breakfast’ów.

Transport turystów z portu w Stromboli

Transport turystów z portu w Stromboli

Umówieni na wspinaczkę do krateru czynnego wulkanu, wracamy nieśpiesznym krokiem do wstępnie zarezerwowanego pokoju, gdzie zapadamy w błogi sen ( w końcu wstaliśmy dziś przed 3 rano). Budzimy się dopiero tuż przed planowanym wyjściem. Zjadamy na szybko jedyną o tej porze dostępną potrawę w postaci makaronu z sosem pomidorowym i tuńczykiem, w jedynej o tej porze otwartej restauracji na wyspie. Zaopatrujemy się w wodę (w restauracji, gdyż sklep przed godziną 15 jest, jak na włoskie sklepy przystało, zamknięty na cztery spusty) i stawiamy punktualnie w siedzibie Magma Trek (obok kościoła a głównym placyku w mieście.

Główna ulica miasta Stromboli

Główna ulica miasta Stromboli

Uwaga dla wszystkich chętnych do wspinaczki – buty trekingowe za kostkę są niezbędne!

Wypożyczalnia butów trekingowych na Stromboli

Wypożyczalnia butów trekingowych na Stromboli

Bez nich żaden szanujący się przewodnik nie zabiera turysty na wspinaczkę do krateru – dlaczego? Dowiedzieliśmy się po drodze, a Wy dowiecie się czytając dalej.

Wypożyczone buty trekingow

Wypożyczone buty trekingowe

Pani wypożyczająca buty (5 euro za parę porządnych – nowe modele- i, co niezwykłe, wygodnych butów) zjawia się o 14:55. Włosi nie liczą się z czasem zupełnie. Przewodnik, będący oczywiście również Włochem nie ma żadnego problemu z tym, że wycieczka zamiast wyjść o 15 opuszcza plac przed kościołem o 15:30. Pełen luz.

Panorama miasteczka - widok ze zbocza wulkanu

Panorama miasteczka - widok ze zbocza wulkanu

Wyposażeni, zgodnie z sugestiami przewodnika, w plecaki zawierające:

  • koszulkę na zmianę
  • kurtkę
  • ciepłą bluzę
  • czapkę i rękawiczki
  • butelkę wody
  • latarkę

wyruszamy na emocjonującą wspinaczkę. W końcu nie na co dzień ma się okazję wdrapać na szczyt, z którego bucha lawa – no chyba, że jest się przewodnikiem po wulkanie.

Widoki podczas wspinaczki

Widoki podczas wspinaczki

Wspinaczka nieco męcząca, ale na szczęście dzięki idącym z nami małym dzieciom tempo nie jest zabójcze.

Wspinaczka na wulkan

Wspinaczka na wulkan

Po drodze mijamy wielkie trawy, stary cmentarz, kilka krzaczków. Od pewnego momentu naszej wspinaczce towarzyszyć będą już tylko głazy i pył wulkaniczny.

Widoki podczas trekingu na szczyt wulkanu

Widoki podczas trekingu na szczyt wulkanu

Na wulkanie Stromboli, powyżej pewnej wysokości może przebywać jednocześnie nie więcej niż 80 osób – co daje 4 grupy 20 osobowe. Radzę o tym pamiętać, jeśli planujecie wycieczkę w szczycie sezonu. Mandaty za nieprzestrzeganie przepisów wystawiane są przez wędrujących zboczami wulkanu strażników.

Przerwa w wspinaczce

Przerwa w wspinaczce

Przewodnik

Przewodnik

Duża wilgotność powietrza powoduje wzmożone pocenie się. Na kolejnym dłuższym postoju przewodnik radzi wyciągnąć kurtki. Rzeczywiście, za następnym zakrętem wita nas zimny wiatr. Nie opuści niestety aż do szczytu.

Wycieczka - w dole miasteczko, z którego wyruszyliśmy

Wycieczka - w dole miasteczko, z którego wyruszyliśmy

Dochodzimy do punktu, w którym naszą uwagę przykuwają wielkie betonowe, wyglądające nieco jak wiaty przystanków autobusowych, konstrukcje. Służą do schronienia się na wypadek gradu kamieni, które co jakiś czas wyrzuca wulkan.

Dźwiedź przy schronie

Dźwiedź przy schronie

Otaczają nas tylko chmury, prawie nic nie widać. Co jakiś czas słychać natomiast złowrogie pomruki i wybuchy. Bum! Bum! Nieco przerażające są to dźwięki, zwłaszcza jeśli nie widać skąd dochodzą. Zakładamy kaski, ubieramy się ciepło i po usłyszeniu ostatnich instrukcji wyruszamy na ostatni etap wspinaczki.

Nic nie widać, za to słychać aż za dobrze

Nic nie widać, za to słychać aż za dobrze

Zaczyna robić się ciemno. W tej szerokości geograficznej słońce zachodzi bardzo szybko. Od momentu zwykłej dziennej jasności do zapadnięcia całkowitego zmroku mija zaledwie kilka minut.

Krajobraz Stromboli

Krajobraz Stromboli

W tym czasie dochodzimy już do punktu widokowego. Niestety wszystko spowija mgła. Chmury są zbyt nisko. Na szczęście naszym sprzymierzeńcem okazuje się wiatr, który potrafi na chwilę przegonić chmury i ukazać nam krater wulkanu Stromboli.

Wulkan Stromboli -widok na krater

Wulkan Stromboli -widok na krater

Widok na krater Stromboli

Widok na krater Stromboli

Widok jest niesamowity.

Stromboli - na szczycie wulkanu

Stromboli - na szczycie wulkanu

Krater wulkanu Stromboli

Krater wulkanu Stromboli

Połączenie z wybuchów lawy i towarzyszących im dźwięków tworzy nieziemski spektakl – pokaz siły natury, na którą człowiek nie jest w stanie wpłynąć.

Wybuch lawy na Strombo

Wybuch lawy na Stromboli

Po około 20 minutach na szczycie zaczynamy schodzić. Jest już całkowicie ciemno, więc latarki są nam niezbędne aby bezpiecznie zejść na dół.

Opuszczamy szczyt Stromboli

Opuszczamy szczyt Stromboli

Idziemy inną trasą niż ta, którą się wspinaliśmy. Jest tu znacznie mniej kamieni, za to praktycznie 1/3 drogi prowadzi przez pył wulkaniczny. Grzęźniemy w ni po same łydki. Teraz rozumiem dlaczego przewodnicy nie zabierają turystów w adidasach – każdy inny but niż trekingowy – twardy i sięgający za kostkę, po prostu został by w tym pyle. Czuję się trochę tak jakbyśmy szli po wielkich wydmach. Z tą jednak różnicą, że piach jest czarny i jak wpadnie do skarpetki, to drażni niczym odłamek szkła.

Schodzenie ze szczytu wulkanu

Schodzenie ze szczytu wulkanu

Tempo schodzenia mamy dosyć szybkie. Kolana dostają ostro. Po dwóch godzinach szybkiego marszu w dół (prawie bez przerw) docieramy do obrzeży miasteczka, a później na plac pod kościół.

Widoki podczas schodzenia ze szczytu Stromboli

Widoki podczas schodzenia ze szczytu Stromboli

W siedzibie Magma Trek oddajemy kaski i żegnamy się z przewodnikiem. Wygłodniali wpadamy na 5 minut do naszego pensjonaciku, gdzie zmieniamy tylko buty i udajemy się na poszukiwanie pizzerii. W miasteczku poza sezonem otwarte są tylko dwie restauracyjki – jedna, w której jedliśmy makaron przed wspinaczką i druga, serwująca pizzę. A, przepraszam, jest jeszcze jedna – wyglądała na bardzo luksusową, więc ominęliśmy ją z daleka. Wystarczy nam, że ceny zwykłych posiłków są na Stromboli ponad połowę wyższe niż w innych turystycznych rejonach Sycylii.

Pizza!

Pizza!

Zajadamy pyszną pizzę o nazwie „Paradiso” („Diavola” tez była niczego sobie – Pioter standardowo zamówił „Capriciose”), popijamy to dwoma, albo trzema (kto to spamięta) dzbankami wina, a na deser zamawiamy tiramisu. Zasłużyliśmy sobie na łakocie po takiej wspinaczce. Dodatkowo świętujemy urodziny Piotera.

Urodzinowe winko Piotera

Urodzinowe winko Piotera

Dobrze wstawieni lokalnym winem, z uśmiechami na ustach idziemy ciemnymi uliczkami miasteczka. Po drodze wpadamy na szatański pomysł pojeżdżenia meleksem. Na szczecie pojazdy, które jeszcze rano miały kluczyki w stacyjkach, tym razem stoją ładnie zaparkowane i pozbawione możliwości łatwego uruchomienia. Czyżby mieszkańcy wyspy mieli już do czynienia z pomysłowymi Polakami wcześniej? Pozostaje nam powrót piechotą i gra w piłkę nożną butelka wody. Zakupione po drodze wino pijemy na tarasiku naszego pokoju, z widokiem na szczyt wulkanu.

Widok na szczyt Stromboli z naszego tarasiku

Widok na szczyt Stromboli z naszego tarasiku

Niebo jest pięknie rozgwieżdżone, a wulkan popędzany wykrzykiwanym przez nas „no zarycz, no!”, jak by na życzenie, co chwilę bucha lawą.

To zaskakujące, że śpiąc na czynnym wulkanie można poczuć spokój…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Opublikowano Sycylia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | 5 Komentarzy

Gotowanie

29.10.2010

Postanawiamy upichcić wczorajsze zdobycze ze sklepu rybnego. Dźwiedź zabiera się za czyszczenie kałamarnic, aby zrobić z nich krążki kalmarów w cieście naleśnikowym. Do tej pory mieliśmy do czynienia jedynie z mrożonymi tubami kalmarów. Najbardziej zbliżona formą do rzeczywistego wyglądu kałamarnicy były tuby mrożone z skórą, ale nigdy nie widzieliśmy na żywo całej, z mackami i głową. Nie mówiąc już o płaszczce. Nie wiem czy w ogóle możliwe jest w Polsce kupienie płaszczki. Ktoś próbował?

Płaszczka

Płaszczka

Dźwiedziu długo i cierpliwie czyści kałamarnicę. Cała ta operacja jest źródłem radości dla nas wszystkich. Niesamowicie ciekawe jest móc obserwować z czego w środku składa się takie zwierzę.

Kałamarnica - wewnątrz

Kałamarnica - wewnątrz

Atramentu jest tyle, że cały zlew zamienia się w kałamarz.

Czarno wszędzie

Czarno wszędzie

Dziwny i ciekawy jest też przezroczysty przewód pokarmowy – wygląda jak plastikowy.

Naturalny plastik

Naturalny plastik

Przepis na przyrządzenie płaszczki Dźwiedź znajduje w Internecie. Porównuje go z zawartością naszej lodówki i tworzy własną wariację na temat gotowania płaszczki. Następnie smaży ją na maśle z czosnkiem. Muszę przyznać, że smakuje wybornie. Aż żałuję, że nie kupiliśmy tej największej. Namawiał nas do tego sprzedawca, ale nie wiedząc jak taki stwór smakuje, baliśmy się zainwestować w niego za dużo pieniędzy. Tymczasem mięso płaszczki okazało się być bardzo delikatne, chude, bielutkie po usmażeniu. Dla mnie wyjątkowo smaczne.

Płaszkojad

Płaszkojad

Kalmary również wyszły wybornie. Co prawda zapomnieliśmy i kupieniu oleju i smażyliśmy na oliwie z oliwek, która nie rozgrzewa się do tak wysokiej temperatury, jaka jest potrzebna do dobrego wysmażenia kalmarów w cieście, ale i tak wyjątkowo nam smakowały.

Kalmary w cieście

Kalmary w cieście

Wieczorem pojechaliśmy do Agrigento. Wyjaśnić sprawę z kartą sim WINDa, z pomocą której korzystamy z internetu w Ciotce, oraz przejść się po sklepach na Via Atenea. Oczywiście w poszukiwaniu bucików 🙂

A propos tematu obuwia, w centrum Agrigento oprócz kliku „zwyczajnych” sklepów, znajduje się jeden wyjątkowo ekskluzywny (może jest ich więcej, ale ja dostrzegłam tylko ten). Na jego wystawie stoją piękne buty. Cenę, niestety, mają równie „piękną”. Pomimo świadomości, że nie kupię butów za 500 euro, postanawiam skorzystać z jednej z niewielu okazji w moim życiu do oglądania butów Dolce and Gabbana na żywo i przymierzyć. Okazują się być nie tylko wyjątkowo ładne, ale i wygodne. Ku, być może Waszemu rozczarowaniu (mojemu na pewno), trwam jednak przy swoim zdaniu, że nie są warte takich pieniędzy i doceniając miłą obsługę opuszczam sklep.

Tego wieczoru wyjeżdżam z Agrigento oczywiście bez nowych butów 😦 Żadne, poza D&G, nie spodobały mi się na tyle aby zagościć w mojej szafie.

Macki kałamarnicy - pychota!

Macki kałamarnicy - pychota!

Po spacerze w Agrigento jedziemy do centrum San Leone, by obadać knajpkę, którą wczoraj polecała nam Karolina. Ukryta, praktycznie niemożliwa do znalezienia dla turystów, rodzinna jadłodajnia serwująca kanapki i specyficzne naleśniki, w piątkowy wieczór pełna jest lokalnej młodzieży. Cierpliwie czekamy na nasze zamówienie, obserwują lokalesów. Właściwie nie jestem pewna kto kogo bardziej obserwuje – my ich czy oni nas. Typowym zamawianym przez tubylców daniem są frytki z majonezem. Zadziwiające, że mając tak pyszną kuchnię sycylijska młodzież wybiera frytki. My zajadamy się naleśnikami z nadzieniem cztero-serowym (ja), mięsnym z rukolą (Pioter) i fantazyjnym, jak sama nazwa „Fantasia” wskazuje (Dźwiedź).

Widoki z tarasu

Widoki z tarasu

Próbujemy położyć się wcześniej spać, gdyż na jutro zaplanowaliśmy wycieczkę na Stromboli a to oznacza konieczność wyjazdu o 3 nad ranem, by zdążyć na prom o 7 z Milazzo – miasta oddalonego od nas o około 300 km.

Opublikowano Sycylia | Otagowano , , , , , , , , , | 3 Komentarze

Gokarty i płaszczka

28.10.2010

Pięknie świecące słoneczko zachęca do opalania na tarasie. Oddaję się tej przyjemności czytając Wysokie Obcasy przez prawie dwie godziny. Taka pogoda zdecydowanie powinna być w Polsce jesienią!

Po pysznym obiadku, postanawiamy uskutecznić ciągle odkładany wyjazd na gokarty. Wsiadamy do yafud owego wehikułu i mkniemy w kierunku Siaccy. Tor gokartowy widać już z głównej drogi. Obserwowany z góry sprawia nie złe wrażenie.

Nigdy wcześniej nie jeździłam gokartem, więc zupełnie nie wiem czego się spodziewać. Pioter – gokartowy fan – twierdzi, że na Sycylii jest super ekstra fajny tor i żaden polski mu nie dorównuje.

Kiedy dojeżdżamy do bramy, okazuje się, być zamknięta 😦

Postanawiamy zachować się po włosku – czyli zamiast zadzwonić na numer podany na tablicy reklamowej, po prostu długo trąbimy. Kiedy zrezygnowani i zawiedzeni wsiadamy do samochodu opracowując plan awaryjny na spędzenie tego wieczoru, brama zaczyna się otwierać.

Gokarty na Sycylii

Gokarty na Sycylii

Właściciele toru specjalnie dla nas otwierają, zapalają światłą i uruchamiają gokarty. Zabawa nie jest tania – 10 euro za 10 minut, ale muszę stwierdzić, że warta swojej ceny.

Gokarty na Sycylii

Gokarty na Sycylii

Szalejemy 20 minut (Pioter 30!)

Radość dwóch informatyków

Radość dwóch informatyków

Gokarty na Sycylii

Gokarty na Sycylii

Z każdym okrążeniem coraz pewniej i szybciej wchodzę w zakręty. Dałam się wyprzedzić Pioterowi tylko dwa razy, a Dźwiedziowi ani razu 🙂 Dla znawców tematu, to żaden wyczyn, ani powód do dumy, ale dla mnie liczyła się tylko dobra zabwa.

Gokarty na Sycylii

Gokarty na Sycylii

Wszyscy super się bawiliśmy (pomimo lekkiego bólu rąk od sztywnego trzymania kierownicy).

Gokarty na Sycylii

Gokarty na Sycylii

Po zabawie dzwonimy do Karoliny, Polki poznanej na początku naszej Sycylijskiej przygody. Od dłuższego czasu próbujemy się umówić, by oddać jej pożyczoną kartę sim. Pomimo braku odpowiedzi od Karoliny i tak decydujemy się na wizytę wAgrigento.

Sklep rybny w Agrigento

Sklep rybny w Agrigento

Na Via Atenea, głównej ulicy w Agrigento, oglądamy wystawę sklepu rybnego. Jest tu na co popatrzeć.

Krewetki

Krewetki

Krewetki, homary, kałamarnice, ryby o dziwnych kształtach i kolorach, ogromna płaszczka.

Homary

Homary

Wszystko egzotyczne, w Polsce do zobaczenia jedynie w postaci mrożonek, ewentualnie w akwarium.

Nie wiem co to, ale piękne, prawda?

Nie wiem co to, ale piękne, prawda?

Decydujemy się na zakupy. Dwie kałamarnice i mała płaszczka lądują w siatce.

Płaszczka

Płaszczka

Po udanych zakupach zabieramy nasze zdobycze w ich ostatnią drogę. Ani my ani tym bardziej one nie wiedzą, że będzie to długa droga…

Największa płaszczka w sklepie (kupiliśmy małą - później żałowaliśmy)

Największa płaszczka w sklepie (kupiliśmy małą - później żałowaliśmy)

Za każdym razem będąc w Agrigento chodzimy właściwie tymi samymi ulicami. Dziś postanawiamy to zmienić. Nie dość, że idziemy Via Atenea znacznie dalej niż zazwyczaj, to zapuszczamy się także w boczne uliczki. Wąskie strome, pełne zakamarków stanowią przyjemność dla oka. Niekiedy pięknie wyremontowane fasady małych domków sąsiadują z rozsypującymi się ruinami. Gdzieniegdzie ukwiecone podwórka, ukryte od zgiełku miasta kontrastują z zaniedbaną uliczką. Miejscami ciasno zaparkowane samochodami placyki wydają się być nierealne w porównaniu do wąskich uliczek,gdzie ledwo skuter wjeżdża, Są miejsca, gdzie czas zatrzymał się dawno temu.

Tajemnicze uliczki Agrigento - wycieczka z płaszczką i kałamarnicami.

Tajemnicze uliczki Agrigento - wycieczka z płaszczką i kałamarnicami.

Spacerujemy w tym krajobrazie długo. Przypadkiem znajdujemy Duomo (o tej porze zamknięte 😦 ). Docieramy na skraj wzgórza skąd roztacza się przepiękny widok. Posilamy się w małej cukierni i próbujemy trafić na parking pod kinem, gdzie zostawiliśmy yafud owy wehikuł. Okazuje się to być nie lada wyzwaniem. Przewodnik z mapą Agrigento został w aucie, a Ciotka nie łapie zasięgu w gąszczu ciasnych uliczek.

To nie jest winda, to ulica w Agrigento

To nie jest winda, to ulica w Agrigento

Ostatecznie po błądzeniu, obraniu kierunku przeciwnego do pożądanego, udaje nam się odpalić Ciotkę i dowiedzieć się, że idziemy kompletnie nie tam, gdzie powinniśmy. Z labiryntu maleńkich uliczek wychodzimy wprost na Via Atenea. Gdzie podejmujemy jeszcze jedną próbę skontaktowania się z Karoliną. Tym razem sukces! Umawiamy się pod sklepem z butami Geox.

Agrigento nocą

Agrigento nocą

Karolina mieszka w centrum, więc dotarcie do nas zajmuje jej zaledwie kilka minut. Wspólnie poszukujemy otwartej kawiarni, by postawić jej chociaż kawę za całą pomoc jaką nam ofiarowała. Po dłuższym spacerze znajdujemy jedno fajne i otwarte miejsce, gdzie zasiadamy Karolina, Pioter, Dźwiedź, kałamarnice, płaszczka i ja.

Agrigento

Agrigento

Po miłej pogawędce odprowadzamy Karolinę do domu, znajdujemy nasz pojazd i wracamy do Gajucha.

Opublikowano Sycylia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Siracusa i Modica

27.10.2010

Data niebagatelna! Postanowiliśmy uczcić ją wycieczką do Syrakuzy (Siracusa), cel – drugie podejście do zwiedzenia greckiego teatru.

Droga przez Sycylię SS115

Droga przez Sycylię SS115

Decydujemy się na jazdę ss115 (główna droga wzdłuż południowego wybrzeża Sycylii) zamiast nieco naokoło, ale szybszą, autostradą.

Droga SS115 na Sycylii

Droga SS115 na Sycylii

Widoki po drodze piękne – wynagradzają przydługą podróż.

Widoki na drodze SS115

Widoki na drodze SS115

Widoki na drodze SS115

Widoki na drodze SS115

Pierwszy przystanek wycieczki – Modica. Słynąca z czekolady, położona na szczycie wzniesienia (Modica Alta) i w głębokim wąwozie (Modica Bassa) miejscowość.

Modica

Modica

Nie mając zbyt wiele czasu na zwiedzanie piesze, błądzimy samochodem w wąskich uliczkach.

Modica

Modica

W końcu zatrzymujemy się na kawę i tiramisu, by po chwili trafić do poszukiwanego miejsca – tradycyjnej fabryki czekolady.

Wytwórnia czekolady Modica

Wytwórnia czekolady Modica

Słodki przysmak wytwarzany w Modice jest o tyle szczególny, że nie zawiera tłuszczy ani serwatki.

Wytwórnia czekolady Modica

Wytwórnia czekolady Modica

W przytulnym sklepiku przy fabryce czekolady, idąc za przykładem Włochów, zamawiamy canoli (rurki z nadzieniem z serka ricotta, kakao i wanilii).

Próbki czekolady - możesz zjeść ile chcesz

Próbki czekolady - możesz zjeść ile chcesz

Następnie próbujemy różnych smaków tradycyjnie wytwarzanej czekolady, by ostatecznie zdecydować się na zakup. Dźwiedź wybiera waniliową, ja cynamonową.

Owoc kakaowca

Owoc kakaowca

Miła Pani ekspedientka pokazuje nam owoc kakaowca, oraz zachęca do dalszych zakupów.

Wiórki z wnętrza owocu kakaowca

Wiórki z wnętrza owocu kakaowca

Ostatecznie decydujemy się, poza czekoladą, kupić jeszcze dziwne ciastka – podobno z nadzieniem mięsno czekoladowym – ciekawe, jak będą smakowały?

Modica

Modica

Modice żegnamy niestety szybko i zmierzamy w kierunku Syrakuzy.

Wiadukt obok Modici

Wiadukt obok Modici

Droga usłana pagórkami, zakrętami i innymi niespodziankami prowadzi nas w końcu do autostrady.

Autostrada na Sycylii

Autostrada na Sycylii

Chyba będzie padać…

Sycylijska autostrada

Sycylijska autostrada

Wjeżdżając do Sykaruz kierujemy się od razu do parku archeologicznego, by tam… pocałować klamkę w kasie biletowej! Jeszcze 2 tygodnie temu park był czynny do 19, teraz na tablicy z godzinami otwarcia ktoś przywiesił zwykłą kartkę papieru z napisem „czynne do 17”. Jest 16:10. Kasę zamknięto o 16. Wkurzeni postanawiamy nie dać za wygraną.  Już raz (przy okazji pierwszej wizyty w Syrakuzach – a właściwie drugiej, jeśli policzymy przejazd przez to miasto drugiego dnia pobytu na Sycylii), nie pozwolono nam obejrzeć greckiego teatru. Pracownicy powiedzieli, że w niedzielę jest nieczynne. Właściwie tylko dla tego teatru przyjechaliśmy znowu do Syrakuzy. Pomimo braku możliwości kupienia biletu w kasie postanawiamy porozmawiać z kolesiem, który wpuszcza turystów na teren teatru (wejście do samego parku jest bezpłatne, dopiero wejścia na teren teatru greckiego i rzymskiego są biletowane. Facet nie chce nas wpuścić bez biletów (co było do przewidzenia). Nie chce również sprzedać nam biletów. Wkurzeni zaczynamy z nim dyskutować. Jest nieugięty – „no tikets no entry”. Postanawiamy spróbować odkupić bilety od innych turystów – dostajemy je za darmo. Koleś nadal nie chce nas wpuścić pomimo tego, że mamy bilety. Pojawia się menadżerka, która na moje tłumaczenie, że jesteśmy tu drugi raz, przyjechaliśmy 200 km specjalnie po to żeby zobaczyć teatr, że poprzednim razem w niedzielę było zamknięte, stwierdza, że to nieprawda, bo w niedzielę tez jest otwarte. Dopiero wtedy wściekamy się na maksa. Mówimy im, że są głupi i idziemy. Za rogiem przeskakujemy przez płot i idziemy oglądać teatr.

Teatr grecki w Syrakuzach

Teatr grecki w Syrakuzach

Nie jest aż tak zachwycający, jak go opisują, a może po prostu cała sytuacja, związana z brakiem możliwości „normalnego” wejścia na teren, odbiera nam przyjemność zwiedzania.

Teatr grecki w Syrakuzach

Teatr grecki w Syrakuzach

Teatr grecki w Syrakuzach

Teatr grecki w Syrakuzach

Niesmak związany z idiotyzmem zmieniania godzin otwarcia i lenistwem Sycylijczyków pozostaje ze mną jeszcze po wyjściu z teatru, które też nie obyło się bez przygód.

Teatr grecki w Syrakuzach

Teatr grecki w Syrakuzach

Skoro weszliśmy przez płot, a jedyne „legalne” wyjście wymaga przejścia koło kolesia, który upierał się, że nas nie wpuści, postanawiamy wyjść „naszym” wejściem. Niestety spotyka nas sympatyczna starsza pani, która pilnuje teatru i ładnie tłumaczy, że wyjście jest w drugą stronę. Odprowadza nas nawet do niego. Na szczęście przy bramce nie ma wrednego kolesia. Dlaczego? Bo stoi za rogiem z innym „pilnowaczem”. Jego mina, kiedy zobaczył nas wychodzących z teatru, była jak to mówią: „bezcenna”. Kiedy się otrząsną zaczął na nas krzyczeć i nawet szarpać Dźwiedzia za rękaw. Olaliśmy go kompletnie i poszliśmy w kierunku parkingu. Tak to miło i uprzejmie traktuje się tam turystów chcących zapłacić i obejrzeć zabytki. Dwie próby, obie nieudane. Dlaczego nie możemy wejść? Bo tak! Według wersji menadżerki w niedzielę powinniśmy byli móc spokojnie wejść. Ciekawe dlaczego nie weszliśmy…

Teatr grecki w Syrakuzach

Teatr grecki w Syrakuzach

Chcąc zatrzeć niemiłe wrażenie z parku archeologicznego, jedziemy do centrum Syrakuz. Tym razem nie na Ortigę – położone na wyspie stare miasto, ale do części mniej turystycznej miasta.

Park archeologiczny w Syrakuzach

Park archeologiczny w Syrakuzach

Parkujemy yafud owy wehikuł w okolicach stadionu i piechotą zmierzamy do kościoła, który miał symbolizować łzę, a wygląda jak złożony parasol. Wewnątrz miały znajdować się pozostałości rzymskiego miasta wkomponowane w wystrój kościoła. Tymczasem w mało zachęcającym wnętrzu świątyni stoi po prostu kilka kamieni.

Widok na "nowe" Syrakuzy z parku archeologicznego

Widok na "nowe" Syrakuzy z parku archeologicznego

Nieco przegłodzeni szukamy czegoś do skonsumowania. Poza małymi pączkami z nutellą sprzedawanymi na ulicy nic nie znajdujemy. Bucików tez ładnych nie ma 😦 Jedyna fajna i tania restauracja będzie otwarta od 19 – jest 17:40 😦

Skuter to czy samochodzik?

Skuter to czy samochodzik?

Idąc w stronę samochodu trafiamy do baru z kanapkami i kawą. Kupujemy kulki ryżowe i postanawiamy wracać do San Leone by zdążyć przed 22 porozmawiać z właścicielem apartamentu na temat, który jest podstawą naszych konwersacji – „dlaczego nie ma internetu”?

Gajuch, jak zwykle, wita nas przeraźliwym miałkiem z balkonu. Internetu nie ma. Będzie rano. Nie pozostaje nam nic innego jak obejrzeć serial i położyć się spać.

Opublikowano Sycylia | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz