Coraz bliżej wyspy

24.09.2010

Po kolejnym wybudzeniu pozostawiłam Gajucha w aucie i udałam się wraz z informatykami na śniadanie. Chyba najdroższe w życiu ciastko zjadłam tego ranka w Marina di Praja. Rachunek za śniadanie i parking i tak wyszedł taniej niż hotel w tej okolicy, aczkolwiek śmiem twierdzić, że w hotelu byśmy się wyspali.

Nieco połamani wsiadamy do czarnego yafud -owego wehikułu z zamiarem jak najszybszego wydostania się z tego diabelskiego półwyspu. Szybkość niestety nie jest tego dnia z nami. Dlaczego?

Wciąż zastanawiamy się kiedy wreszcie uda nam się pokonać niekończące się serpentyny pełne szalonych włoskich kierowców osobówek, skuterów, ciężarówek i autobusów pędzących drogą, która wydaje się być zbyt wąska by mógł się na niej zmieść średniej wielkości autobus, a w rzeczywistości włoskiej jest dwukierunkową droga krajową. Tą ogromną stratę czasu rekompensują jedynie niesamowite widoki.

Docieramy ostatecznie na autostradę prowadzącą na południe Włoch (jedziemy cholewką buta 🙂 ). Wszystko było by piękne i cudowne, gdybyśmy za namową Ciotki nie skusili się na zjazd z co chwile remontowanej autostrady (ale całkiem przejezdnej, nawet z nie złą średnią prędkością w granicach 80 km/h) na drogę biegnącą wzdłuż morza. Odwrotu bez nadrabiania dużej ilości km nie było, więc tłukliśmy się przez wioski i miasteczka nadmorskie o uroku delikatnie rzecz ujmując mocno średnim. To zdecydowanie nie był nasz najlepszy dzień. (A nie kończył się wcale na tej nudnej drodze).

Kiedy zgłodnieliśmy na tyle by zdecydować się na postój, okazało się, że Włosi w tym rejonie kraju wyjątkowo solidarnie podchodzą do tematu sjesty, bez względu na to, czy jest gorąco czy też całkiem znośnie. Jedyny otwarty w tym czasie sklep znajdował się na stacji benzynowej i serwował wątpliwej jakości kanapki. Jedynie Gajuch mógł posilić się tym, co zwykle, pysznym obiadkiem w postaci suchych kuleczek. My nie byliśmy jeszcze aż tak głodni aby pytać czy się z nami podzieli.

Do Scilii, gdzie zmierzaliśmy na przeprawę promową, na całe nasze szczęście, prowadziły już tylko autostrady. Jedziemy sobie wygodnie na południe, a tymczasem zaczął padać deszcz. Jak to? Deszcz? Na południu Włoch? To jakaś nieprawda!

Około 19:00 w pełnej ulewie wjechaliśmy na prom do Messiny.

Witaj Sycylio!!! Chciałoby się powiedzieć, ale zamiast tego jedyne słowa, jakie cisną się na usta nie powinny znaleźć się w słowniku żadnej eleganckiej damy. Pozwolę sobie zacytować jedynie te adekwatne do poziomu tego bloga: „Gdzie jedziesz baranie!!!”.

Słów kilka o ruchu pojazdów w Messinie:

Sycylijka krew buzuje wyjątkowo silnie w kończynach Sycylijczyków każąc im z nadmierną nerwowością i nie upewniwszy się uprzednio czy coś nie stoi/ leży/ jedzie im na drodze poruszać się w bliżej nieokreślonym i niedającym się z góry przewidzieć kierunku. Sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniach jest dla nich jedynie sugestią. Nawet późnym wieczorem potrafią jeździć bez włączonych świateł, a skutery dosłownie wlatują z każdej możliwej strony. Oczy naokoło głowy to niezbędna i zarazem podstawowa umiejętność kierowcy chcącego poruszać się autem po ulicach Messiny. O dalszych wymaganiach nawet nie piszę – żaden „statystyczny” europejski kierowca nie będący Włochem i tak ich nie ogarnie. Każdy nowoprzybyły cudzoziemiec powinien przyswoić sobie jedną zasadę: ten, kto głośniej trąbi i jest bardziej pewny siebie („ma większe jaja”) ewentualnie większy pojazd – jedzie bez względu na wszystko, a cała reszta musi znaleźć swoje miejsce w hierarchii w zależności od stopnia uszkodzenia lub chęci uszkodzenia tego czym się jedzie. Piesi również nie są w tej dżungli gatunkiem chronionym.

Ostatecznie dotarliśmy do miłego hoteliku w centrum miasta (polecanego w naszym przewodniku, który dziwnym złożeniem losu udało nam się odnaleźć i na szybko przestudiować tuż przed wjechaniem na prom). Miły pan w recepcji bez mrugnięcia okiem przyjął naszą czwórkę dając nam przyzwoitej jakości duży pokój z dwoma balkonami. Jeden co prawda wychodził na gwarna ulicę, a drugi na śmietnik, ale o tym mieliśmy się przekonać dopiero następnego ranka.

Czarny yafud owy wehikuł znalazł swoje miejsce noclegowe na wyjątkowym zrządzeniem losu wolnym miejscu parkingowym tuż pod naszym balkonem.

Tymczasem po kąpieli udaliśmy się do pizzerii znajdującej się tuż pod naszym pokojem. Liczyliśmy na pastę, ewentualnie inny włoski przysmak makaronowy, skończyło się jednak na pysznej pizzy przyrządzonej przez przystojnego Sycylijczyka i dzbanku wina za 1,5 euro (cudowna cena!). Piątkowy wieczór można było uznać za udany.

Reklamy

Informacje o sycylia

Pewnego jesiennego dnia zapakowali walizki i kota do czarnego wehikułu i pod osłoną ciemnej nocy pognali przed siebie – kierunek Sycylia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Sycylia i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s