Panarea i Cefalu

31.10.2010

Po wczorajszym winie i zmęczeniu wspinaczką na szczyt wulkanu Stromboli, wstajemy późno. Ja, co prawda, budzę się dosyć wcześnie, ale postanawiam poleniuchować w łóżku czytając Wysokie Obcasy, które przytargałam z Polski.

Plaża wulkaniczna

Plaża wulkaniczna

Dźwiedź na Stromboli

Dźwiedź na Stromboli

Z racji zmiany czasu (tak jak w Polsce przesuwamy zegarki o godzinę wstecz) mamy dużo czasu do promu, który odpływa o 12 (czyli o 13 starego czasu).

Plaża na Stromboli

Plaża na Stromboli

Około 9 udaje mi się namówić Dźwiedzia do zwleczenia się z łóżka. Wyruszamy na poszukiwanie śniadania. Nieśpiesznym krokiem drepczemy wąziutkimi uliczkami Stromboli (pamiętacie z poprzedniego wpisu? – są tak wąskie, że najszerszym pojazdem, jaki jest w stanie w nie wjechać jest meleks), taszcząc pod pachą wczoraj wypożyczone buty trekingowe.

Stromboli

Stromboli

W jedynym sklepie spożywczym kupujemy bułki, tuńczyka, banany i serek. Siadamy przed kościołem, czyli na największym placu w miasteczku i powolnie pożywamy śniadanie, czekają na otwarcie wypożyczalni butów. Włoska właścicielka nie spieszy się – przecież jest niedziela. Zamiast o 9:15 otwiera swoją wypożyczalnię (i sklep w jednym) o 9:45. Oddaję buty, kupuję Dźwiedziowi składany nóż trekingowy (będzie miał pamiątkę ze Stromboli – nie lubimy „durnostojek” – pamiątki przywożone z wyjazdów muszą być praktyczne, albo wyjątkowo ładne – nie licząc jednego wielbłąda kupionego kilka lat temu nie wiadomo po co i dlaczego) i kiedy już jestem w drzwiach, uprzejma właścicielka pyta, czy wiem, że prom przypłynie o 10 i od razu odpłynie ze względu na bardzo niekorzystny wiatr? Rozdziawiam paszczę ze zdziwienia i łudząc się jeszcze, pytam: „ale starego czasu, prawda?” Jej przecząca odpowiedź plus moje kontrolne spojrzenie na zegarek (9:55) uświadamiają mi, że delikatnie mówiąc jesteśmy w głębokiej d….

Kościół na Stromboli

Kościół na Stromboli

Porywam kończącego kanapkę, nieświadomego niczego Dźwiedzia z placu przed kościołem, jednocześnie próbuję dodzwonić się do Piotra. Dźwiedź niesiony potrzebą skorzystania z toalety biegnie szybciej niż ja. Mijamy się przy bramie naszego pensjonaciku – z racji niezastania Piotera, który w najlepsze, nigdzie się nie spiesząc, spaceruje po plaży i robi zdjęcia mewom – Dźwiedź postanawia skorzystać z toalety w restauracji. Ja w tym czasie wrzeszczę przez telefon na Piotera, bo bez niego nie mogę wejść do pokoju i spakować naszych rzeczy.

Mewa na wulkanicznej plaży

Mewa na wulkanicznej plaży

Błyskawiczne pakownie nigdy nie było moją mocną stroną – co innego upchnąć dużo do małej torby, ale żeby w 5 sekund? Tym razem nie mam wyboru. Po wczorajszym winie w naszym pokoju wszystko jest wszędzie. Zbieram w popłochu, co się da i wrzucam do plecaków, zderzając się przy tym z Pioterem kilka razy na sekundę. Trzeba jeszcze znaleźć naszego „cudownego” właściciela pensjonaciku – tego samego pana, co od rana dobrze wiedział, że prom nie będzie dziś, jak zwykle czekał, ale odpłynie od razu. Tego, co wiedział, ale nie powiedział, bo to dla niego czysty interes – jeśli nie zdążymy na prom, będziemy musieli zostać na kolejną noc – czyli znowu zapłacić. Tylko co wtedy z naszym zostawionym samotnie w apartamencie Gajuchem? Jedzenia jej wystarczy, ale z tęsknoty i nudów może się tam zamiauczeć. Ma co prawda otwarty balkon, kilka misek z wodą, ale co, jeśli wiatr się utrzyma i do poniedziałku stąd nie wypłyniemy? O nie! Musimy zdążyć na ten prom choćbyśmy mieli nie zapłacić. Oczywiście właściciel dostrzegłszy nasz pośpiech w pakowaniu cudownie się znajduje wprost na naszej drodze i łaskawie pyta czy wybieramy się na prom. Jest już 10, ale nie słychać jeszcze syren nadpływającego promu. Płacimy i biegniemy do portu.

Port w Stromboli

Port w Stromboli

Gdzie w tym miasteczku o wąskich uliczkach jest kasa biletowa? Ostatecznie wpadamy zziajani do portu i… na horyzoncie widzimy nasz prom.

Wodolot

Wodolot

Na szczęście płynie dopiero w stronę Stromboli. Naprędce kupujemy bilety, robimy ostatnie pożegnalne zdjęcia wulkanicznej plaży, którą nie zdążyłam i w spokoju przespacerować, choć marzyłam o tym od rana, i nieco spoceni wsiadamy na prom.

Port Stromboli

Port Stromboli

Sztorm daje się we znaki skacowanym główkom. Po kilkunastominutowej podróży wodolot wpływa do portu na Panarei. I tu niespodzianka – kapitan obwieszcza pasażerom, że mamy półtorej godziny przerwy. Najbardziej cieszy się z tego Dźwiedź, który opuściwszy bujający się na wszystkie strony wodolot, udaje się na spoczynek.

Sen Dźwiedzia na Panarei

Sen Dźwiedzia na Panarei

Znalazłszy wygodne miejsce do spania na murku w pobliżu portu zapada w półtoragodzinny sen. W tym czasie Pioter i ja, niezależnie, eksplorujemy wyspę.

Wodolot w porcie na Panarei (w tle Stromboli)

Wodolot w porcie na Panarei (w tle Stromboli)

rzesympatyczna rodzinka, która wczoraj wspinała się z nami na wulkan

rzesympatyczna rodzinka, która wczoraj wspinała się z nami na wulkan

Panarea

Panarea

Podczas tej, nieplanowanej, wycieczki w głąb Panarei powstaje kilka zdjęć. (Powstało pewnie i kilkadziesiąt, ale tylko kilka nadaje się do upubliczniania 🙂 )

Sklepik w porcie - Panarea

Sklepik w porcie - Panarea

Widok na Stromboli z Panrei

Widok na Stromboli z Panrei

Tak, jak na Sycylii wszędzie biegają bezdomne psy, tak Panarea jest kocim królestwem.

Sierście z Panarei

Sierście z Panarei

Sierściuchy z Panarei

Sierściuchy z Panarei

Nawet w kościele spotykam rudego sierścia.

Rudzielec spod kościoła

Rudzielec spod kościoła

Po buszowaniu w wąskich uliczkach wyspy (jakże ona podobna do Stromboli – jedyna różnica – nie jest czynnym wulkanem) wsiadamy ponownie do bujającego wodolotu. Dźwiedziowi ewidentnie pomogła drzemka, postanawia kontynuować ją na pokładzie.

Panarea

Panarea

Ogródek na Panarei

Ogródek na Panarei

Ja czytam notkę w przewodniku o wyspie, którą. właśnie zwiedziłam. Ku mojemu zdumieniu okazuje się, że Panarea jest mekką bogaczy. Nawet gwiazdy Hollywood przybijają do jej brzegów, by delektować się spokojem i intymnością małego miasteczka bez samochodów.

Lanserski meleks

Lanserski meleks

Po sezonie wyspa wydaje się być opustoszała. Jednak zagłębiając się nieco dalej w wąziutkie, strome uliczki dostrzec można prawdziwe życie mieszkańców: rybaków, stolarzy, nawet porządki hotelarzy (np. w postaci wyrzuconej na trawnik armatury). Bardzo ciekawym doświadczeniem była ta nieplanowa przerwa w podróży.

Uliczki Panarei

Uliczki Panarei

Naprawa sieci - Panarea

Naprawa sieci - Panarea

Panarea

Panarea

Panarea

Panarea

Panarea - to się nazywa mieszkać nad morzem!

Panarea - to się nazywa mieszkać nad morzem!

Panarea

Panarea

Zaczytana w przewodniku podnoszę wzrok, by dostrzec stojącego tuz przede mną członka załogi wodolotu. Po angielsku pyta, czy chciałabym zobaczyć kokpit. Pewnie, że bym chciała, w końcu nie codziennie można podglądać jak steruje się wodolotem. Wchodzę po stromych schodkach i spotykam pięciu sympatycznych Włochów (ich sympatyczność jest wprost proporcjonalna do jasności włosów dziewczyn, z którymi rozmawiają ;)). Po małym „small talk-u” kapitan z znienacka pyta, czy chcę poprowadzić wodolot. Cóż za pytanie – to prawie jak zapytać dziecko czy chce lizaka i liczyć na negatywną odpowiedź. Zasiadam za sterami pędzącego wodolotu! Koło sterowe jest bardzo malutkie i dosyć czułe, aczkolwiek wodolot ma lekkie opóźnienie w stosunku do mojego kręcenia. Zaczynamy płynąć zygzakiem. Kapitan nie specjalnie przejmuje się moim stylem i brakiem zachowania toru wodnego. Uwolniony od koła sterowego żartuje sobie z kolegami. Na moje pytanie, co mam robić odpowiada jedynie, żebym nie wpłynęła w brzeg – reszta nie ma znaczenia. Ciekawy to kurs pilotażu wodolotu.

W kokpicie wodolotu

W kokpicie wodolotu

Po 20 minutach płynięcia nieco krzywo i niekoniecznie w dobrym kierunku, oddaję ster kapitanowi., robię pamiątkowe zdjęcia i wracam do moich chłopaków. Kiedy opowiedziałam im co robiłam przez ostatnie dwadzieścia minut stwierdzili, że wodolot płynął krzywo i od razu czuli, że coś nie gra. Wstrętne zazdrośniki!

Kapitan wodolotu (oczywiście miał kiedyś dziewczynę z Polski)

Kapitan wodolotu (oczywiście miał kiedyś dziewczynę z Polski)

Dopływamy do portu w Milazzo. Już na pokładzie zastanawialiśmy się, czy policja sycylijska nie odholowała nam auta, które zaparkowaliśmy byle gdzie, nie mogąc znaleźć otwartego strzeżonego parkingu wczorajszego ranka. Wysiadamy i pełni obaw pędzimy na uliczkę, przy której zaparkowaliśmy czarny yafud – owy wehikuł. Uff jest na swoim miejscu. Nie ma blokady na kole, ani mandatu za wycieraczką. Nie chcąc kusić losu szybko wyjeżdżamy. Prowadzić mogę tylko ja.

Cefalu

Cefalu

Kierunek – San Leone. Zaplanowane przystanki – Cefalu.

Cefalu

Cefalu

Autostrada z Messiny do Palermo jest całkiem przyjazną drogą poza sezonem letnim. Pod warunkiem, że nie wieje, tak jak dziś. Sirocco (ciepły wiatr znad Afryki ) daje się mocno we znaki na drodze, gdzie z tunelu wyjeżdża się prosto na wiadukt, a potem do kolejnego tunelu itd. Na otwartej przestrzeni między górami silny wiatr nie pozwala nam jechać zbyt szybko.

Cefalu

Cefalu

Znalezienie miejsca parkingowego w Cefalu nawet jesienią nie jest proste. Małe, przycupnięte u zbocza skalistej góry, miasteczko jest malownicze i piekielnie drogie. Dużo tu niemieckich turystów. Sklepy z pamiątkami są prawie wszędzie.

Cefalu centrum

Cefalu centrum

Nie wiem czy to zmęczenie, czy niechęć do mega turystycznych miejsc sprawiła, że nie polubiłam Cefalu. A może okropne jedzenie (pizza z mikrofalówki we Włoszech!!! Wyobrażacie to sobie? – never nie jedzcie w Lilie’s Club w Cefalu!) spowodowało moją niechęć?

Nigdy nie jeść w tym barze!!!!

Nigdy nie jeść w tym barze!!!!

Po spacerze, wizycie w kościele (wielki, jak wszędzie we Włoszech) pięknym zachodzie słońca i wyjątkowo niedobrym obiedzie, wyruszamy w trasę powrotną do naszego sierścia.

Pralnia w Cefalu

Pralnia w Cefalu

Docieramy do Gajucha około północy. Miałk radości wita nas z balkonu. Po karmieniu (karma jeszcze była w misce, ale dajemy Gajuchowi świeżej) i wielgachnej porcji głasków zapadamy w głęboki sen. Warto było pojechać na Stromboli!

Zachód słońca w Cefalu

Zachód słońca w Cefalu

Reklamy

Informacje o sycylia

Pewnego jesiennego dnia zapakowali walizki i kota do czarnego wehikułu i pod osłoną ciemnej nocy pognali przed siebie – kierunek Sycylia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Sycylia i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Panarea i Cefalu

  1. madasiewicz pisze:

    Świetnie napisane,czyta się fantastycznie
    i chciałoby się jeszcze więcej i więcej…

    ps.cudownie jest powrócić w miejsca,które są już mi bliskie
    natomiast to dzięki Wam wybiorę się już w kwietniu na Stromboli :)))
    pozdrawiam bardzo serdecznie,Małgosia

  2. Ewa pisze:

    Świetna wyprawa, wspaniała opowieść i równie piękne zdjęcia :)))

  3. beata pisze:

    Wspanialy blog i piekne zdjecia.Gratuluje !

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s